Lej depresji
pe0064700_kobieta_praca_biurko_zdenerwowanie_ojoimages_cr
Fot. ojoimages

Artykuł przygotowany przez pacjenta. Jest to swego rodzaju pamiętnik, który pokazuje, co pacjent odczuwa w czasie choroby.

LEJ DEPRESJI

Jest głęboki jak ocean. Wciąga w środek jak cichy wir, trzyma mocno i nie pozwala wyjść na zewnątrz, do normalnego świata. Przytrzymuje wspomnieniami, szczególnie tymi z przeszłych porażek. Jego ściany są śliskie jak lód albo mokre szkło czy rozjeżdżony śnieg. Odbiera chęć do życia, przykuwa do łóżka na długie godziny, a nawet dni i noce. Poraża niemocą pozbawia zdolności do pracy... a na dnie czają się myśli o śmierci...żeby zasnąć i więcej się nie obudzić, żeby połknąć dużo tabletek i zakończyć to wszystko. A jednak strach przed śmiercią i przed tym, że mogłoby się nie udać, powstrzymują mnie od tego. Także uczucie empatii wobec Rodziny i ludzi, którzy by mnie znależli. Pewnie nie byłby to przyjemny widok.

Leki przeciwdepresyjne nie pomagają, Sulpiryd nadmiernie uspokaja, a Anafranil najpierw delikatnie poprawia nastrój, a następnie wywołuje uczucie zmęczenia i senność. Alkohol, papierosy i odżywki dla sportowców nie pomagają również. Człowiek chwyta się różnych sposobów, a potem załamuje się rozczarowany.

Teraz jest koniec października, nadchodzi zima, wieczory i noce są coraz dłuższe. Nie służy to zmęczonej psychice. I te cztery ściany, w których nie ma do kogo siê odezwać. To wszystko pogrąża pacjenta coraz bardziej. Słaba psychika potrzebuje cudu, żeby się wyrwać z tego zaklętego kręgu. A czasami cud nie chce nadejść, każe zbyt długo na siebie czekać i ten kryzys odbiera wiarę w Boga, w Jego możliwości...Bywa też, że depresja przemieni się w manię lub psychozę i wtedy chęć do życia wraca, ale ostatnio miałem też dużo oscylacji myśli wokół śmierci gwałtownej, którą być może traktowałem jako wyzwolenie ze stanu napięcia i zagrożenia. A teraz myślałem o Niej jako o cichej ucieczce od życia, od problemów finansowych, problemów w pracy, od samotności.

Żałuję, że osłabła moja wiara w Boga, chociaż wiosną napisałem ALLAH AKBAR na prawie każdej ścianie mojego mieszkania. Później jednak przyszła hospitalizacja i bolesne „sprowadzanie na ziemię z tych odlotów”, jak się wyraził ordynator.

Chcąc nie chcąc, robi się resume, które, wg norm tzw. normalnego świata, nie wypada korzystnie: utrata pracy, kompromitacja przed wieloma ludźmi, długi, konflikt z Rodzicami, uzależnienie się od palenia papierosów. I ten bagaż doświadczeń, których nie sposób opisać. Cokolwiek bym napisał, to by było za słabe. To trzeba przeżyć. A zatem być może piszę dla ludzi takich jak ja, którzy nie mogą się odnaleźć w normalnym świecie. Ale też dla tych normalnych, żeby wykazali więcej cierpliwości, wyrozumiałości i tolerancji dla świrów. Naprawdę nie wiadomo, skąd to się bierze, a może to spotkać każdego. Szaleństwo podąża swoimi drogami, niezrozumiałymi dla nikogo, nawet dla tego nim owładniętego. Często po „pacyfikacji”, czyli hospitalizacji, żałowałem, że nie pamiętałem co myślałem, a czasami co robiłem w trakcie chorego podniecenia. Przede wszystkim leki tak działają, ale też zauważyłem występowanie u siebie „wysp niepamięci”. Być może psychika w ten sposób usuwa myśli i pomysły, przez które nie mogłem spać i normalnie funkcjonować.

Na przykład w czasie ostatniego obłędu miałem urojenia prześladowcze. Wydawało mi się, że sąsiedzi z bloku naprzeciwko obserwują mnie, dają mi znaki i bawią się w „Wielkiego Brata”. Myślałem, że w mieszkaniu mam założony podsłuch i to w wielu miejscach: w domofonie, w radiomagnetofonie, w lampkach, w kuchence elektrycznej. Domofon wyrwałem, radiomagnetofon i kasety zniosłem do piwnicy, kabel od kuchenki chciałem wyrwać ze ściany. Myślałem, że ci, którzy mnie kontrolują, dają mi znaki za pomocą diód z kuchenki. Ich charakterystyczny kształt przypominał mi film o Godzilli i rozmanażająych się jajeczkach. Na początku myślałem, że kuchenka służy do wyprodukowania potwora, potem wydawało mi się, że POTWÓR - TO JA.
I rzeczywiście, gdybym użył to, co nosiłem ze sobą, młotek, nóż czy łom, to stałbym się potworem. Na szczęście do tego nie doszło. Hamulce działały, a następnie zostałem przyhamowany wbrew swojej woli - w szpitalu. Co prawda podpisałem zgodę na leczenie, ale pod presją - ojca i osoby przyjmującej mnie. Zresztą nie miałem wyjścia - lekarz wypisał skierowanie, a ja już nie miałem środków do samodzielnej egzystencji, zwłaszcza finansowych. Byłem przekonany, że w kawie zawarta jest kokaina i że można dokonać jej ekstrakcji poprzez prażenie fusów. No więc prażyłem fusy i wdychałem opary i wydawało mi się, że jestem na haju. Kuchenkę traktowałem jak laboratorium chemiczne - miałem nadzieję, że pomoże mi wyprodukować koktajl Mołotowa. Myślałem, że sam na to wpadnę albo że znajdę gdzieś przepis i po prostu spreparuję sobie ten materiał wybuchowy. Myślałem, że będzie wojna i że ja będę na niej żołnierzem, być może zamachowcem samobójcą. Próbowałem ćwiczyć marszobiegi w glanach i podczas jednego ze skoków prawie skręciłem sobie kostkę. Zacząłem palić papierosy, bo myślałem, że dodadą mi sił i wydawało mi się, że w Camelach jest marihuana. Podejrzewałem, że w jednej z agencji towarzyskich są agentki KGB,że do kawy dodawana jest kokaina, a do cytrynki LSD. Mocz oddawałem do butelek i słoików, żeby mieć dowody, ale jakoś nigdy nie miałem pieniędzy na testy. Zresztą, gdyby nic nie wykazały, pewnie bym stwierdził, że zażyłem coś niewykrywalnego. Słoiki i butelki z moczem ustawiałem na balkonie na płytkach jak na szachownicy, ale z tej gry nic nie wychodziło. Czarne krzesło ubierałem w czarną kamizelkę i „podłączałem” do kabla, chcąc pokazać, że dla Ala Capone przygotowane jest krzesło elektryczne. Obawiałem się,że umrę śmiercią gwałtowną, być może już wkrótce i że muszę się opowiedzieć, po której jestem stronie: białych, brązowych, niebieskich czy czarnych. Biali oznaczali męczenników i Kościół, brązowi wojsko, niebiescy policję, a czarni mafię. Mam na imię Paweł, więc myślałem, że umrę pod mieczem. Każdy ból kręgosłupa, który często miewam w okolicy krzyżowo - lędźwiowej, traktowałem jako ostrzeżenie i groźbę od szatana. Miało to oznaczać, że umrę od miecza, jeśli obiorę drogę św. Pawła. Jeśli bym wybrał brązowych, to bym umarł od wybuchu, jeśli niebieskich, to zabiłaby mnie mafia, jeśli czarnych, to policja wsadziłaby mnie do więzienia. Zdaje się, że nie było wyjścia z tej sytuacji. I tak źle, i tak niedobrze. Któregoś dnia, w szale, zacząłem wyrzucać z mieszkania wszystkie niebieskie rzeczy, bo zacząłem nienawidzić niebieskich za to,że się mną bawią. Uznałem to wszystko za policyjną prowokację, a siebie za ultratester. Myślałem, że chcą zobaczyć, ile człowiek może wytrzymać. Z wściekłością i radością młotkiem rozwaliłem niebieską suszarkę do naczyń i miskę. Stwierdziłem, że czarni to żelazo i stal, i że są twardsi od miękkich jak plastik niebieskich. Myślę, że w tym momencie byłem czarny i niszczenie tych przedmiotów dało mi dziwną satysfakcję. Gdzieś tam w podświadomości krążyły słowa, że w człowieku tkwi instynkt niszczenia i instynkt tworzenia. Dziś żałuję, że zniszczyłem te przedmioty, bo ktoś musiał za nie zapłacić ale w tamtej chwili nie myślałem o tym, owładnięty obsesją „wojny mafii”. Nic się nie liczyło, tylko szaleństwo. Jako biały na przykład, pojechałem do burdelu i wręczyłem barmance kopertę z kartką z Hymnem o Miłości św. Pawła. Jako niebieski zapisywałem numery rejestracyjne, również w komórce, ale nigdy nie poszedłem z nimi na policję. Myślałem, że piosenka Eiffela 65 pt. „I’m Blue” to piosenka policyjna lub piosenka o kokainowym bluesie. Miałem wrażenie, że całe moje życie zostało zaprogramowane przez wrogie sobie i zwalczające się siły: Kościół, komunę, policję, mafię. W mojej głowie rodziły się różne sprzeczne myśli i pomysły i część z nich realizowałem. Wszystko miało znaczenie symboliczne - liczyłem nawet kroki na schodach i odnosiłem je do Dziesięciu Przykazań. Gdy patrzyłem w lustro, myślałem, że szatan robi do mnie oko. Podejrzewałem, że wszystkie moje kasety zostały mi podsunięte przez różnych agentów: Watykanu, amerykańskich, arabskich. Nawet mojego przyjaciela i Rodziców podejrzewałem o powiązania z różnymi grupami. Myślenie aferowe kwitło. I do czego mnie doprowadziło. Do degradacji społecznej. Do pauperyzacji. Do hospitalizacji. Do nikotynizmu. Do depresji. Być może teraz dopiero w pełni zdaję sobie sprawę z tego, co się stało. Być może chciałbym cofnąć te chwile, ale, co się stało, to się nie odstanie.(What is done cannot be undone - Co jest zrobione, to nie może być odzrobione).

Przyszła pora na wyciągnięcie wniosków. Moje zaburzenia psychiczne nie doprowadziły mnie do niczego, ale leczenie ich tylko i wyłącznie farmakologicznie to również droga do nikąd. Po neuroleptykach czuję się fatalnie - bolą mnie mięśnie, głowa, nic mi się nie chce i czuję się ogólnie osłabiony. Bez nich z kolei cierpię na bezsenność i niepokój. Ale może jest to niepokój egzystencjalny. Być może naprawdę nie wiem kim jestem i szukam własnej tożsamości. Być może moje wybuchy psychoz to tylko krzyk zranionego ego, które nie może się dostosować do nerwicogennych norm społecznych. Być może nie wystarcza mi bycie nauczycielem angielskiego, może chciałbym być kimś innym...Tyle się naczytałem, że od tego pomieszało mi się w głowie i już sam nie wiem, kim jestem. Chciałbym być pisarzem, ale czy starczy mi tematów i natchnienia? Czy potrafię pisać dobrze, dogłębnie i z całą znajomością rzeczy o czymś innym niż własne życie? Czy znajdę wydawców, którzy zechcą opublikować to, co napisałem? I czy znajdę wiernych czytelników, gotowych kupować moje książki?


1.LISTOPADA 2001 AD - WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

Dzisiaj wstałem rano (koło 7.30), bo Tata przyszedł mnie obudzić i pojechaliśmy, żeby pomodlić się i zapalić znicze na grobie Dziadków. W chwili, gdy byliśmy na cmentarzu, bardzo mocno padał deszcz i częściowo przemokliśmy, bo razem z wiatrem zacinało z boku. Brakowało mi Dziadka, który nas jednoczył jako Rodzinę nad grobem Babci. Pomyślałem też, że kochałem Go bardziej niż Babcię, bo się więcej nami (siostrą i mną ) zajmował i miał więcej cierpliwości, ale być może Babcia już była schorowana. Tak czy owak brakowało mi obecności krewnych i wspólnego posiłku w mieszkaniu Dziadków.

Na jedenastą poszliśmy na Mszę i nawet w kościele miałem myśli samobójcze. Zastanawiałem się nad pójściem do spowiedzi, ale nie miałem odwagi. Stwierdziłem, że wyspowiadam się albo kapelanowi szpital, albo jakiemuś kapłanowi, który mnie zna i najchętniej w bardziej prywatnych warunkach niż w kościele podczas mszy. Żałowałem, że mam takie myśli i przepraszałem Boga za to. Wspominałem czasy, kiedy moja wiara była wielka i bez problemu chodziłem do spowiedzi oraz z radością do Komunii świętej. Ale dziś jestem the „rotten Catholic”, jak to napisał Hemingway i zmurszały moje ideały. Moje serce pełne jest wątpliwości. A kontakty z rówieśnikami tylko je wzmacniają i powiększają. I znowu przypomina mi siê zdanie pewnej Amerykanki, że katolicyzm nie jest religią dla mnie. Jednak poprzez ciągły kontakt z Rodzicami mam również kontakt z tą religią. I nie jestem wobec tego kontaktu obojętny. W końcu w duchu tej religii zostałem wychowany. Dopiero zderzenie z Nikittą i jej grupą w koledżu zachwiało moją wiarą - niestety - na dobre. Ale, gdyby nie to zachwianie, to do dzisiaj pewnie nie miałbym żadnych kontaktów seksualnych. A może już bym był mężem i ojcem? Nie wiem.

Fakt jest taki, że mam 29 lat i jestem kawalerem. Nie mam ani dziewczyny, ani narzeczonej, ani kandydatki na żonę. To też mnie dołuje i wpędza w depresję i utrzymuje w tym stanie. Nie mam dla kogo żyć. Chociaż powinienem być podporą dla Rodziców na starość i, na wszelki wypadek, dla Siostry. Tylko że moje życie jest takie smutne - takie samotne i smutne. Nie ma w nim radości życia, zwłaszcza seksualnej. Problemy spiętrzają się, a ja nie potrafię ich rozwiązać. Umiem tylko o nich pisać. Większość ludzi, którzy mieli mi pomóc, nie potrafi tego zrobić. Dziś czekam na cud - na objawienie - może w postaci KOBIETY, która przywróciłaby mi chęć do życia. Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam w tej depresji. To też jest męczące. Nie tak jak mania czy psychoza, bo człowiek się nie spala, ale powoli więdnie czy też usycha - także z braku uczucia. A tu ojciec znowu mówi o zastrzyku - i jak ja mam się cieszyć życiem? Co prawda, gdy w restauracji spojrzałem w lustro, to stwierdziłem, że szkoda byłoby zabiæć tę przystojną twarz. Ale ciężko jest człowiekowi, gdy nie ma się do kogo przytulić i nie ma z kim pogadać. Tym bardziej, jak się ma psychikę osłabioną porażkami i lekami. Moja siostra na przykład uważa, że już nigdy nie będę zdrowy. A ja wciąż mam nadzieję, że kiedyś to nastąpi, że znowu zobaczę sens w nauce i pracy, że znajdę się wśród ludzi, których lubię i podziwiam, że zaznam miłości, szczególnie erotycznej, z wzajemnością. I że nie będę musiał brać leków, albo takie, które nie osłabiają popędu, koncentracji i pamięci.

Za oknem już listopadowa noc - dla mnie noc depresji. Zdaje się, że w trakcie depresji poneuroleptycznej dorwała mnie jeszcze depresja jesienno - zimowa. Mam nadzieję, że przeżyję obie .TAK MI DOPOMÓŻ BÓG!!!
17.33 - DO NASTĘPNEGO RAZU! Może już zdołam wygrzebać się z leja albo chociaż zbliżyć do jego krawędzi, żeby zobaczyć więcej światła.

---------------------------------------------------------------------------------------------------

NIEDZIELA 18-Y LISTOPADA 2001 AD

A jednak miałem próbę samobójczą! Nad ranem w piątek 16-go listopada. Tylko że zamiast głębokiego snu pojawiły się halucynacje, urojenia, omamy wzrokowe i słuchowe. Przypomniała mi się Babcia - zobaczyłem jak siedzi na łóżku swoim i coś do mnie mówi i uśmiecha się. Zacząłem myśleć, że razem z Rodzicami mam do Niej pojechać. Wydawało mi się, że sąsiadka dzwoni do drzwi i mówi, że mam telefon od Rodziców. Powiedziałem : „Dziękuję, już idę.” i jakież było moje zdziwienie, gdy podszedłem do drzwi mojego mieszkania i zastałem je zamknięte, a za nimi nie było nikogo.

Połknąłem 21 tabletek 10 mg Zyprexy, 10 x 1mg Rispoleptu i 12 x 3mg Rispoleptu. Myślałem, że ta końska dawka od razu mnie zetnie i że zasnę głębokim snem. Tymczasem znowu zwariowałem. Na krótko, ale zawsze. Włączyła się podświadomość i postawiła na życie. Nie wiem dlaczego, ale o 7.30 zadzwoniłem do Mamy i spytałem się czy wyjazd do Babci jest aktualny. Mama siê zorientowała, że coś ze mną jest nie tak i powiedziała, żebym przyszedł do domu Rodziców. Po mojej splątanej mowie poznała,że „nałykałem się tabletek”, jak to określiła. Zadzwoniła do Ojca i powiedziała mu, co zrobiłem . Ojciec szybko przyjechał i zrobił mi do picia roztwór węgla medycznego w wodzie, żeby pobudzić wymioty. Udało mu się to i zwróciłem część niestrawionych tabletek. Rozpoznałem Rispolept.
Nie bardzo pamiętam, co robiłem dalej. Na pewno przyszła pani F., żeby sprzątać i na pewno Rodzice pojechali do Intermarche na zakupy. Wieczorem Rodzice chyba pojechali do znajomych, a ja oglądałem „Siłę Magnum”(”Magnum Force”) z Clintem Eastwoodem. W nocy coś mi się śniło, ale nie pamiętam co. ( to chyba znów świadczy o wyspach niepamięci)
Wczoraj, w sobotę 17-go listopada przyjechała moja siostra. Wieczorem Rodzice pojechali na imieniny, więc mieliśmy okazję porozmawiać w cztery oczy. Powiedziała między innymi, że nie chce się wpakować w rolę terapeuty i że powinienem chodzić do psychologa klinicznego. Chyba też powiedziała, że nie rozumie moich problemów i że mnie nie przekona, iż życie ma sens jeśli ja uważam, że życie jest bez sensu. Stwierdziła, że Mama się irytuje, kiedy ja mówię o moich myślach, zamiarach i problemach samobójczych.
(właśnie przyszli Rodzice z wizyty u znajomych - jamnik Bari bardzo się cieszy z ich powrotu)
Jest godzina 18.16. Za oknem noc, a w sercu ZIMA. Ciekaw jestem, jak długo potrwa moja depresja i czy w ogóle z niej wyjdę. Na dzień dzisiejszy swoje szanse oceniam 50% na 50% maksymalnie. Jest ciężko, bo straciłem pracę
i mam mało kontaktów z ludźmi. Poza tym 2 dni temu byłem na samym dnie i jeszcze się od niego nie odbiłem. Podryfowałem trochę, słaby prąd życia mnie niesie, ale to życie ma smak kranówy. Nadal ciężko mi się wstaje, gdy jestem sam. Dzisiaj wstałem po 14-ej. Twardym snem spałem na pewno do 11.00. I znowu coś mi się śniło i nie pamiętam co. Powinienem sobie powiedzieć: Sen - mara, Bóg - wiara. Ale Allah zsyła mi tak ciekawe sny, że zawsze żałuję, gdy chociaż jeden zapomnę. Może dlatego, że moje codzienne życie zmieniło się w powolny koszmar. Dominuje w nim PUSTKA. A w takiej PRÓŻNI naprawdę trudno znależć sens. Bo znowu tak się stało, że zabrałem się do czegoś i mi nie wyszło. Na koniec nawet samobójstwo mi nie wyszło. Już sam nie wiem, co robić, komu opowiedzieć swoją historię. Trudno jest pogodzić się z faktem, że jest się nieuleczalnie chorym - i że być może nikt nie jest w stanie mi pomóc. Perspektywa bezsensownego życia wcale nie jest pociągająca. Uzależnienie od leków to nic przyjemnego. Ta skorupa, która mnie otacza, jest gruba jak pancerz. Powinienem zrobić w niej okienko na świat i czasami ostrożnie wyglądać na zewnątrz. Zniszczenie skorupy jest niebezpieczne, gdyż wtedy staję się bezbronny - jak to ma miejsce w psychozie czy manii. Utrudnieniem jest też fakt, że lubię wpadać ze skrajności w skrajność - z wysokiego wyżu w głęboki niż. Na dzień dzisiejszy jestem w dołku, ale, gdybym nie brał leków i nie dostał zastrzyku, to w ciągu kilku dni znowu mógłbym „mieć górkę”.

W tej chwili nie chcę ani górki, ani dołku, tylko równowagi, harmonii i dobrego samopoczucia. Chcę komfortu psychicznego, ale nie wiem, jak ten stan osiągnąć. Moim marzeniem jest być szczęśliwym, cieszyć się z tego, co mam, mieć dziewczynę, która dałaby mi chęć i chuć do życia oraz przyjaciół, na których bym się nie zawiódł. No i wyjazd do Ameryki. Znowu wydaje się być nierealny, bo znowu nie mam pieniędzy. Pan Bóg srogo mnie karze, a może to ja sam siebie karzę za Duino - za tą pierwszą i najważniejszą klęskę, która rzuciła cień nienawiści i wyobcowania na całe moje życie. Nie potrafię pogodzić się z tą klęską - do dziś. Do dziś nie mogę zapomnieć tego, co tam się stało. Im bardziej próbuję się od tego wyzwolić, tym perfidniej mnie to dopada - w nagłych pytaniach zaciekawionych ludzi i w koszmarach, w których przygotowuję się do IB, bojąc się, że nie zdam. BOŻE, JEŚLI ISTNIEJESZ - WYZWÓL MNIE!!!

19.39 - Zjadłem kolację - chleb z Masmixem, pomidorami, śląską, musztardą, marynowanymi kurkami i szynką. Mama powiedziała, żebym najpierw mył (naczynia) a potem się pytał, co mogę zjeść. Toteż najpierw umyłem naczynia, a potem się najadłem.
Tak bardzo przyzwyczaiłem się do rozkazów od Rodziców, że czasem nie wiem, co mam robić. Tak mi trudno być samodzielnym. Chyba dlatego, że utraciłem zdolność do pracy, a tym samym do zarabiania pieniędzy. I kółko się zamyka - wracamy do choroby. Do GENEZY. Przypuszczam, że mógłbym napisać 1000 stron i jeszcze nie dojść do tego, skąd to się wzięło. Najłatwiej powiedzieć, że z genów, że to odziedziczyłem po jakimś szalonym przodku, do którego Rodzice nie chcą się przyznać. Tak, bo oni wstydzą się mojej choroby i jest im przykro z tego powodu i jest to dla nich uciążliwe. JAK BARDZO? Chyba aż za bardzo. Ale co ja mogę zrobić skoro do pracy się nie nadaję? Nawet pisanie czasami sprawia mi trudność, gdyż nie zawsze mam natchnienie. To, że w tej chwili w spokoju sobie piszę, to dar od Boga, ale ja jeszcze muszę go zamienić na pieniądze, a to już gorsza sprawa. Nie wiem, jak to zrobić, do kogo się udać z moimi tekstami i o czym pisać, żeby dobrze się sprzedać. Tak trudno mi zaakceptować fakt, że świat to w większości wielki burdel, w którym wszystko jest na sprzedaż. A to wynika z niepraktycznego idealizmu, którym Kościół i Rodzice oraz Dziadek napoili mnie w dzieciństwie i za młodu. Nie potrafię się od niego uwolnić. Nie potrafię wszystkiego przeliczać na pieniądze. W ogóle mam problemy z liczeniem pieniędzy- częściowo przez leki, które osłabiają koncentrację, ale też z braku przyzwyczajenia do liczenia. Przez tyle lat Rodzice za mnie liczyli, więc nie posiadłem tej podstawowej umiejętności niezbędnej do przetrwania w kapitaliźmie. Dlaczego wyobrażałem sobie kapitalizm jako raj na Ziemi? I dlaczego nie umiem pogodzić się z faktem, że tak nie jest? Dlaczego mam tak słabo wyrobione mechanizmy przystosowawcze? I dlaczego popełniam stale te same błędy? Czyżby nawyk popełniania ich uległ „skamienieniu”(fossilization). Dlaczego jedna klęska pociągnęła za sobą następne? Dlaczego jestem nieprzystosowany społecznie? Co jest tak trudne, że nie potrafię się tego nauczyć? Wstawanie rano, słowność, oszczędzanie? Umiejętność robienia pieniędzy?Konformizm?

Czy moje próby samobójcze oraz manie i psychozy to wyraz buntu wobec zastanego porządku świata? Czyżbym nie potrafił pogodzić się z tym, że jest, jak jest? Że dla pieniędzy ludzie są gotowi do największych świństw? do największych oszustw i manipulacji? Czy czuję obrzydzenie do siebie samego za to, że z ludźmi popełniającymi te czyny mam kontakt i ulegam ich wpływowi? Nie do końca, ale już trochę się pobrudziłem i źle się z tym czuję . To przez ten pieprzony idealizm i wpojoną uczciwość. To przez religię i wiarę, które każą wierzyć w cuda i w szczęście dopiero po śmierci...

Dlaczego to wszystko mi się znudziło? ZŁO I DOBRO? Dlaczego znudziło mi się moje mieszkanko i zatęskniłem za niewolą u Rodziców? Czyżby presja finansowa była aż tak nie do zniesienia? Czy ta praca była aż tak męcząca? Czy Clopixol rzeczywiście aż tak bardzo mnie osłabia i dołuje? Czy też moja psychika wysiadła kompletnie i nie potrafię się już pozbierać?
Gdzie jest granica pomiędzy chemią a duszą w moim organizmie? I co mogę zrobić, żeby wyzdrowieć i być choć troszkę szczęśliwym? Same tabletki nie pomogą. To już wiem. Ale bez tabletek też się „wywalam”. Trzeba to wszystko jakoś poukładać i zharmonizować. Tymczasem mnie zawsze gubi zła organizacja - bałagan i nieład, tudzież bigos emocjonalny. Chaos na biurku i chaos w głowie - jak mawiał mój ulubiony psychiatra, postać tyleż fascynująca co kontrowersyjna. Ale nawet on nie potrafił zapobiec moim próbom samobójczym .
Dlaczego życie mi zbrzydło? Dlaczego jestem taki słaby? Dlaczego wróciłem do miasta rodzinnego i nie mam już koncepcji na wyrwanie się stąd? Dlaczego mam wizę i nie potrafię jej wykorzystać? Tych pytań jest coraz więcej, a ja nie mam i nie znam odpowiedzi...

A zatem ENIGMA - tajemnica życia i śmierci. Sensu i bezsensu. Samotności i towarzystwa. Sympatii oraz antypatii. Wreszcie miłości i nienawiści. Kamienny krąg. Żelazna obręcz. Lej bez wyjścia. Miasto - więzienie. Życie jak więzienie. Przymus życia. Brak satysfakcji. Brak przyjemności. Brak nadziei. ŚMIERĆ NADZIEŻDY. Czy może ona zmartwychwstać? Jak Feniks z popiołów? Czy ta deprecha jest gorsza od psychozy? Jak długo jeszcze będę igrał ze śmiercią? Dlaczego tak bardzo mi się spieszy na tamten świat, skoro nie mam dowodu na to, że on istnieje? Co mnie tak wykończyło psychicznie? Samotność? Toksyczność kontaktów międzyludzkich? Niemożność zrealizowania marzeń? Zbyt wysoko ustawiona poprzeczka? Ustawiczny brak pieniędzy? Nieumiejętność sprzedania się? Niemoc? Uczucie ciągłego zmęczenia? Znudzenia? Ciągle to samo? Błędne koło? Sytuacja bez wyjścia? Lekomania? Ciężka choroba psychiczna? Nieuleczalna? Żle zaleczona? Presja rodziny, żeby pójść do pracy? PRESJA. „GEOLOGY IS THE STUDY OF TIME AND PRESSURE.” - Geologia to studium czasu i nacisku. Czego odciskiem jestem? Dlaczego te przeżycia tak bardzo mnie osłabiły? Dlaczego nie poszedłem do pracy w czwartek 15-go listopada 2001 Anno Domini? Skąd się wzięła ta depresja i dlaczego jest taka silna, już obrzygana i oporna na leczenie?
(właśnie weszła Mama i mówi, że „już dosyć tego dobrego”).
Godz. 21.04 - kończę. Ciekawe, kiedy znów tu zasiądę i czy będę bliżej wyjścia
z sytuacji i bliżej komfortu psychicznego. Daj Boże. Jeśli Bóg zechce. Jak Bóg da. A jednak w Niego wierzę. Matko Boża, proszę o wsparcie.

SOBOTA 24-Y LISTOPADA 2001 AD

Depresji ciąg dalszy. Nie chciało mi się wstać. Leżałem głodny i zły na hałasy - na psa Maxiego, który głośno szczeka, na ludzi, którzy trzaskają drzwiami i przez dwie godziny mają włączony odkurzacz, na dziecko, które głośno płacze i na chłopców, którzy głośno się bawią na schodach. Miałem też myśli samobó
jcze. Czy 20 tabletek litu by starczyło, żeby umrzeć. Ale też o tym, co by było, gdybym przeżył. Czy musiałbym żyć z uszkodzonymi nerkami. Po ostatniej nieudanej próbie nie mam odwagi połykać tabletek, bo nie wiem, jak zareaguję.

Wstałem o 15-ej, bo Tata do mnie przyjechał i powiedział, że trzeba dźwignąć dupę. Zastanawiam się, dlaczego jest taki nieczuły wobec mojej depresji. Pewnie sam nigdy jej nie zaznał i dlatego nie rozumie tego stanu ducha. A gdy już jej zazna, to pewnie tak jak Dziadek będzie stary i słaby. Aż nie chce mi się myśleć o tych czasach. A za 20 lat tak już może być...Ale...przez 20 lat tyle się może wydarzyć. Niemniej jednak trzeba się przygotowywać i myśleć o życiu, a nie o śmierci.
Ale co to za życie. Bez perspektyw. Bez radości. Bez dziewczyny. Bez seksu. Nawet bez lodówki. W nie swoim mieszkaniu, prawie bez pieniędzy. Trzeba mieć dużo samozaparcia, żeby przetrwać takie niekorzystne czasy. A dzisiaj jeszcze oglądaliśmy przyszłe mieszkanie. O wiele gorzej się prezentujące niz obecne. Mniejsze, z mniejszą łazienką, z brzydkim junkersem, z odpadającą starą farbą w kuchni, ze starymi oknami. Ale starsi się napalili, bo tanie.(cena wywoławcza 32 000 zl) Pośredniczka - stara handlara - bardzo zachwalała - że zawsze się sprzeda, że rodzice dla dzieci mogą chcieć albo młode małżeństwo, że niewielkim nakładem się wyremontuje.

Czuję się niefajnie i nie wiem, jak to opisać. Takie uczucie niepokoju o przyszłość. Niezadowolenia z życia. Braku satysfakcji. Braku kontaktu z płcią przeciwną. Głodu erotycznego. Przytłumionego przez Clopixol, ale zawsze głodu. Dziś, gdy spotkaliśmy się z pośredniczką i najemcą mieszkania, to pozazdrosciłem mu dziewczyny. I pomyśleć, że w tym roku ja też mogłem mieć dwie dziewczyny i że nic z tego nie wyszło.
Spróbowałem gumę Nicorette i mi nie smakuje. Papierosy smakują lepiej. Taki nieprzyjemny jest ten głód palenia. I nic nie może go zaspokoić. Ale perspektywa zawału lub raka skutecznie odstrasza. Również, mam mało pieniędzy, a duże wydatki: na jedzenie, rachunki za telefon komórkowy, ZUS i czynsz. Gdybym miał jeszcze dziewczynę, to wcale bym nie wyrobił.

Zostało mi jeszcze 20 minut pisania na komputerze. Jak opisać te 19 czy 29 lat, żeby to było ciekawe i żeby było skuteczną przestrogą dla innych? Tyle jest chorób psychicznych - czy chociaż jednej jestem w stanie zapobiec? Czy też znowu stawiam sobie zbyt trudne zadanie do wykonania? Przede wszystkim, trzeba mieć dobre kontakty z ludźmi - trzeba czuć się akceptowanym i potrzebnym. I najlepiej być średnim- w niczym się nie wywyższać. Do wszystkiego mieć zdrowy dystans. Nie ulegać za bardzo wpływom. Wierzyć tak na 50%. Ufać tak samo. Ale przecież komuś trzeba ufać. Chociaż tej jednej osobie. A gdy na niej się człowiek zawiedzie? Co wtedy? Więc może lepiej wierzyć w Boga? A jeśli ta wiara oddala od ludzi? Lub jeśli ulegnie zwątpieniu? Dlaczego tak trudno ją odzyskać? Dlaczego jestem taki słaby? Fizycznie i psychicznie? Dlaczego kiedyś tak bardzo wierzyłem w Boga i Kościół, a dziś tak trudno mi uwierzyć w cokolwiek? W pozytywną naturę człowieka? W to, że świat jest na dobrej drodze - pomimo moich kłopotów i mojego czarnowidztwa.

Tak czy owak, na razie żyję i mam nadzieję, że będzie lepiej i że kiedyś pojadę do Ameryki. A dzisiaj jeszcze poczytam Biblię - i jutro napisze, jak było.


„THE GRIP OF THE DEPRESSION”

=„UŚCISK DEPRESJI”

2-GI GRUDNIA 2001 AD

Uścisk depresji trwa nadal. Właśnie jestem po 3-ech typowo depresyjnych dniach: przeleżanych w łóżku, przerywanych czynnościami fizjologicznymi i lekturą książki ”Negotiator” Frederyck’a Forsyth’a. Chciałem zobaczyć, jak długo wytrzymam sam, bez wychodzenia i na kiepskim żarciu. Aż do niedzieli wieczora nie jadłem mięsa - czyli prawie 3 dni. Tyle też wytrzymałem w moim mieszkaniu, śniąc i marząc o lecie i lepszych czasach. Miałem wiele ciekawych snów, ale pamiętam tylko dwa - jeden o dawnym koledze, a drugi o dziwnej szkole w Niemczech, przypominającej chwilami sanatoryjny oddział psychiatryczny. Z kolegą była tylko migawka - pamiętam, że było lato i powiedział mi: „Chodź na piwo. Dla rozluźnienia języka i dla przewietrzenia płuc”. Wstał i poszedł.
Ze szkoły też pamiętam tylko fragmenty. Budynek był drewniany, dzieci było mało i były w różnym wieku. Chodziłem z jakimś dzienniczkiem (jak moje dzienniczki z podstawówki) i pytałem się innych nauczycieli, jak wpisywać oceny. Taka reminiscencja z końca 1999-go roku i początku 2000-go, kiedy uczyłem dzieci na wsi. Pamięć doskonale zachowała uczucie zakłopotania. Dla mojej delikatnej psychiki to był horror - zwłaszcza pod koniec. Presja stała się nie do zniesienia i psychika „uciekła w manię”. Nic dziwnego. Do pracy z dziećmi, zwłaszcza trudnymi, nie byłem przygotowany. Na szczęście sen nie był koszmarem. Był tylko zagadkowy. Ale przypomniał mi o niechlubnej przeszłości.

Cieszyłem się, że rodzice przyjechali do mnie, bo dosyć już miałem samotności i ... głodu. Wizyta rodziców oznaczała zabranie do domu i dobry obiad oraz kolację. Zapomniałem o przypilnowaniu wzięcia leków, ale ostatnio nawet jak nic nie brałem, to czułem się źle - bardzo depresyjnie. Myśli samobójcze miałem rzadsze, może już zbliża się koniec depresji -- daj BOŻE!!!W każdym razie wygląda na rozejm - mniej myśli o ostatecznym rozwiązaniu, ale sam nadal wstać nie mogę. Umawiam się i nie przychodzę. Na to zimno nie chce mi się wychodzić. Może straciłem twarz w ten czas bez twarzy. Miałem pisać, ale nawet tego nie chce mi się robić. Zresztą, nie zawsze mam natchnienie. W moim życiu nic ciekawego się nie dzieje, zazdroszczę sąsiadom, że ich ktoś odwiedza, zazdroszczę brunetowi farbowanej blondynki, a blondynowi szatynki i spokojnych dzieci. Jednocześnie wciąż drażnią mnie hałasy, które ci ludzie robią, zwłaszcza w nocy, gdy wychodzą z imprezy u blondyny ondyny i bruneta. Wczoraj jedna tak mocno stukała obcasami po schodach, że aż z ciekawości podbiegłem do judasza sobie popatrzeć, ale była tak ładna, że postanowiłem nie kapować na bruneta do spółdzielni za zakłócanie ciszy nocnej. Teraz stwierdzam, że to źle o mnie świadczy, że nie potrafię znieść samotności i spokojnie pisać o upadku „fine psyche”(świetnej psychiki), tylko muszę patrzeć na ludzi przez wizjer.

Jednym z powodów był zły program, jak stwierdził mój ulubiony psychiatra:”Zmień program, Pawełku, zmień program.” - mawiał. Ale nie wiedział, że jego program był zbyt trudny dla mnie i nie do przyjęcia przez rodziców i moją wrażliwą psychikę. W czasie, gdy byłem u niego, również cierpiałem na depresje, w sumie chyba trzy: endogenną, poneuroleptyczną i jesienno - zimową. Byłem znieczulony i powalony lekami - na początku byłem pod działaniem zastrzyku Fluanxolu i byłem bardzo usztywniony i zdołowany.
Popęd miałem bardzo obniżony - tak jak i dzisiaj. Tymczasem on był w pełni sił witalnych, zaliczał dwie albo 3 panienki w ciągu tygodnia i nie rozumiał, jak ja mogę leżeć i nic nie robić. Prowadził ciekawy tryb życia, ale niestety nie potrafił mnie wyleczyć. Manię rozumiał -- jako bunt -- ale depresji, zwłaszcza tak głębokiej jak moja, to życie i dupy kochający lekarz już zrozumieć nie potrafił.


EPILOG
Depresja minęła. Dzięki zastrzykom Clopixolu, opiece Rodziców i Pani Doktor trzymam się normalności. Pracuję. Od czasu do czasu poznaję nowe dziewczyny.
I, co najważniejsze, w tym roku wreszcie pojadę na miesiąc do Ameryki!Na wakacje. Bilet mam już kupiony.

A zatem warto żyć i czekać na lepsze dni. One zawsze nadchodzą, ale trzeba być cierpliwym. “Patient must be patient” – Pacjent musi być cierpliwy, jak mówi angielskie przysłowie. I tej życiowej cierpliwości czytelnikom i sobie życzę – autor.
LEJ DEPRESJI

Jest głęboki jak ocean. Wciąga w środek jak cichy wir, trzyma mocno i nie pozwala wyjść na zewnątrz, do normalnego świata. Przytrzymuje wspomnieniami, szczególnie tymi z przeszłych porażek. Jego ściany są śliskie jak lód albo mokre szkło czy rozjeżdżony śnieg. Odbiera chęć do życia, przykuwa do łóżka na długie godziny, a nawet dni i noce. Poraża niemocą pozbawia zdolności do pracy... a na dnie czają się myśli o śmierci...żeby zasnąć i więcej się nie obudzić, żeby połknąć dużo tabletek i zakończyć to wszystko. A jednak strach przed śmiercią i przed tym, że mogłoby się nie udać, powstrzymują mnie od tego. Także uczucie empatii wobec Rodziny i ludzi, którzy by mnie znależli. Pewnie nie byłby to przyjemny widok.

Leki przeciwdepresyjne nie pomagają, Sulpiryd nadmiernie uspokaja, a Anafranil najpierw delikatnie poprawia nastrój, a następnie wywołuje uczucie zmęczenia i senność. Alkohol, papierosy i odżywki dla sportowców nie pomagają również. Człowiek chwyta się różnych sposobów, a potem załamuje się rozczarowany.

Teraz jest koniec października, nadchodzi zima, wieczory i noce są coraz dłuższe. Nie służy to zmęczonej psychice. I te cztery ściany, w których nie ma do kogo siê odezwać. To wszystko pogrąża pacjenta coraz bardziej. Słaba psychika potrzebuje cudu, żeby się wyrwać z tego zaklętego kręgu. A czasami cud nie chce nadejść, każe zbyt długo na siebie czekać i ten kryzys odbiera wiarę w Boga, w Jego możliwości...Bywa też, że depresja przemieni się w manię lub psychozę i wtedy chęć do życia wraca, ale ostatnio miałem też dużo oscylacji myśli wokół śmierci gwałtownej, którą być może traktowałem jako wyzwolenie ze stanu napięcia i zagrożenia. A teraz myślałem o Niej jako o cichej ucieczce od życia, od problemów finansowych, problemów w pracy, od samotności.

Żałuję, że osłabła moja wiara w Boga, chociaż wiosną napisałem ALLAH AKBAR na prawie każdej ścianie mojego mieszkania. Później jednak przyszła hospitalizacja i bolesne „sprowadzanie na ziemię z tych odlotów”, jak się wyraził ordynator.

Chcąc nie chcąc, robi się resume, które, wg norm tzw. normalnego świata, nie wypada korzystnie: utrata pracy, kompromitacja przed wieloma ludźmi, długi, konflikt z Rodzicami, uzależnienie się od palenia papierosów. I ten bagaż doświadczeń, których nie sposób opisać. Cokolwiek bym napisał, to by było za słabe. To trzeba przeżyć. A zatem być może piszę dla ludzi takich jak ja, którzy nie mogą się odnaleźć w normalnym świecie. Ale też dla tych normalnych, żeby wykazali więcej cierpliwości, wyrozumiałości i tolerancji dla świrów. Naprawdę nie wiadomo, skąd to się bierze, a może to spotkać każdego. Szaleństwo podąża swoimi drogami, niezrozumiałymi dla nikogo, nawet dla tego nim owładniętego. Często po „pacyfikacji”, czyli hospitalizacji, żałowałem, że nie pamiętałem co myślałem, a czasami co robiłem w trakcie chorego podniecenia. Przede wszystkim leki tak działają, ale też zauważyłem występowanie u siebie „wysp niepamięci”. Być może psychika w ten sposób usuwa myśli i pomysły, przez które nie mogłem spać i normalnie funkcjonować.

Na przykład w czasie ostatniego obłędu miałem urojenia prześladowcze. Wydawało mi się, że sąsiedzi z bloku naprzeciwko obserwują mnie, dają mi znaki i bawią się w „Wielkiego Brata”. Myślałem, że w mieszkaniu mam założony podsłuch i to w wielu miejscach: w domofonie, w radiomagnetofonie, w lampkach, w kuchence elektrycznej. Domofon wyrwałem, radiomagnetofon i kasety zniosłem do piwnicy, kabel od kuchenki chciałem wyrwać ze ściany. Myślałem, że ci, którzy mnie kontrolują, dają mi znaki za pomocą diód z kuchenki. Ich charakterystyczny kształt przypominał mi film o Godzilli i rozmanażająych się jajeczkach. Na początku myślałem, że kuchenka służy do wyprodukowania potwora, potem wydawało mi się, że POTWÓR - TO JA.
I rzeczywiście, gdybym użył to, co nosiłem ze sobą, młotek, nóż czy łom, to stałbym się potworem. Na szczęście do tego nie doszło. Hamulce działały, a następnie zostałem przyhamowany wbrew swojej woli - w szpitalu. Co prawda podpisałem zgodę na leczenie, ale pod presją - ojca i osoby przyjmującej mnie. Zresztą nie miałem wyjścia - lekarz wypisał skierowanie, a ja już nie miałem środków do samodzielnej egzystencji, zwłaszcza finansowych. Byłem przekonany, że w kawie zawarta jest kokaina i że można dokonać jej ekstrakcji poprzez prażenie fusów. No więc prażyłem fusy i wdychałem opary i wydawało mi się, że jestem na haju. Kuchenkę traktowałem jak laboratorium chemiczne - miałem nadzieję, że pomoże mi wyprodukować koktajl Mołotowa. Myślałem, że sam na to wpadnę albo że znajdę gdzieś przepis i po prostu spreparuję sobie ten materiał wybuchowy. Myślałem, że będzie wojna i że ja będę na niej żołnierzem, być może zamachowcem samobójcą. Próbowałem ćwiczyć marszobiegi w glanach i podczas jednego ze skoków prawie skręciłem sobie kostkę. Zacząłem palić papierosy, bo myślałem, że dodadą mi sił i wydawało mi się, że w Camelach jest marihuana. Podejrzewałem, że w jednej z agencji towarzyskich są agentki KGB,że do kawy dodawana jest kokaina, a do cytrynki LSD. Mocz oddawałem do butelek i słoików, żeby mieć dowody, ale jakoś nigdy nie miałem pieniędzy na testy. Zresztą, gdyby nic nie wykazały, pewnie bym stwierdził, że zażyłem coś niewykrywalnego. Słoiki i butelki z moczem ustawiałem na balkonie na płytkach jak na szachownicy, ale z tej gry nic nie wychodziło. Czarne krzesło ubierałem w czarną kamizelkę i „podłączałem” do kabla, chcąc pokazać, że dla Ala Capone przygotowane jest krzesło elektryczne. Obawiałem się,że umrę śmiercią gwałtowną, być może już wkrótce i że muszę się opowiedzieć, po której jestem stronie: białych, brązowych, niebieskich czy czarnych. Biali oznaczali męczenników i Kościół, brązowi wojsko, niebiescy policję, a czarni mafię. Mam na imię Paweł, więc myślałem, że umrę pod mieczem. Każdy ból kręgosłupa, który często miewam w okolicy krzyżowo - lędźwiowej, traktowałem jako ostrzeżenie i groźbę od szatana. Miało to oznaczać, że umrę od miecza, jeśli obiorę drogę św. Pawła. Jeśli bym wybrał brązowych, to bym umarł od wybuchu, jeśli niebieskich, to zabiłaby mnie mafia, jeśli czarnych, to policja wsadziłaby mnie do więzienia. Zdaje się, że nie było wyjścia z tej sytuacji. I tak źle, i tak niedobrze. Któregoś dnia, w szale, zacząłem wyrzucać z mieszkania wszystkie niebieskie rzeczy, bo zacząłem nienawidzić niebieskich za to,że się mną bawią. Uznałem to wszystko za policyjną prowokację, a siebie za ultratester. Myślałem, że chcą zobaczyć, ile człowiek może wytrzymać. Z wściekłością i radością młotkiem rozwaliłem niebieską suszarkę do naczyń i miskę. Stwierdziłem, że czarni to żelazo i stal, i że są twardsi od miękkich jak plastik niebieskich. Myślę, że w tym momencie byłem czarny i niszczenie tych przedmiotów dało mi dziwną satysfakcję. Gdzieś tam w podświadomości krążyły słowa, że w człowieku tkwi instynkt niszczenia i instynkt tworzenia. Dziś żałuję, że zniszczyłem te przedmioty, bo ktoś musiał za nie zapłacić ale w tamtej chwili nie myślałem o tym, owładnięty obsesją „wojny mafii”. Nic się nie liczyło, tylko szaleństwo. Jako biały na przykład, pojechałem do burdelu i wręczyłem barmance kopertę z kartką z Hymnem o Miłości św. Pawła. Jako niebieski zapisywałem numery rejestracyjne, również w komórce, ale nigdy nie poszedłem z nimi na policję. Myślałem, że piosenka Eiffela 65 pt. „I’m Blue” to piosenka policyjna lub piosenka o kokainowym bluesie. Miałem wrażenie, że całe moje życie zostało zaprogramowane przez wrogie sobie i zwalczające się siły: Kościół, komunę, policję, mafię. W mojej głowie rodziły się różne sprzeczne myśli i pomysły i część z nich realizowałem. Wszystko miało znaczenie symboliczne - liczyłem nawet kroki na schodach i odnosiłem je do Dziesięciu Przykazań. Gdy patrzyłem w lustro, myślałem, że szatan robi do mnie oko. Podejrzewałem, że wszystkie moje kasety zostały mi podsunięte przez różnych agentów: Watykanu, amerykańskich, arabskich. Nawet mojego przyjaciela i Rodziców podejrzewałem o powiązania z różnymi grupami. Myślenie aferowe kwitło. I do czego mnie doprowadziło. Do degradacji społecznej. Do pauperyzacji. Do hospitalizacji. Do nikotynizmu. Do depresji. Być może teraz dopiero w pełni zdaję sobie sprawę z tego, co się stało. Być może chciałbym cofnąć te chwile, ale, co się stało, to się nie odstanie.(What is done cannot be undone - Co jest zrobione, to nie może być odzrobione).

Przyszła pora na wyciągnięcie wniosków. Moje zaburzenia psychiczne nie doprowadziły mnie do niczego, ale leczenie ich tylko i wyłącznie farmakologicznie to również droga do nikąd. Po neuroleptykach czuję się fatalnie - bolą mnie mięśnie, głowa, nic mi się nie chce i czuję się ogólnie osłabiony. Bez nich z kolei cierpię na bezsenność i niepokój. Ale może jest to niepokój egzystencjalny. Być może naprawdę nie wiem kim jestem i szukam własnej tożsamości. Być może moje wybuchy psychoz to tylko krzyk zranionego ego, które nie może się dostosować do nerwicogennych norm społecznych. Być może nie wystarcza mi bycie nauczycielem angielskiego, może chciałbym być kimś innym...Tyle się naczytałem, że od tego pomieszało mi się w głowie i już sam nie wiem, kim jestem. Chciałbym być pisarzem, ale czy starczy mi tematów i natchnienia? Czy potrafię pisać dobrze, dogłębnie i z całą znajomością rzeczy o czymś innym niż własne życie? Czy znajdę wydawców, którzy zechcą opublikować to, co napisałem? I czy znajdę wiernych czytelników, gotowych kupować moje książki?


1.LISTOPADA 2001 AD - WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

Dzisiaj wstałem rano (koło 7.30), bo Tata przyszedł mnie obudzić i pojechaliśmy, żeby pomodlić się i zapalić znicze na grobie Dziadków. W chwili, gdy byliśmy na cmentarzu, bardzo mocno padał deszcz i częściowo przemokliśmy, bo razem z wiatrem zacinało z boku. Brakowało mi Dziadka, który nas jednoczył jako Rodzinę nad grobem Babci. Pomyślałem też, że kochałem Go bardziej niż Babcię, bo się więcej nami (siostrą i mną ) zajmował i miał więcej cierpliwości, ale być może Babcia już była schorowana. Tak czy owak brakowało mi obecności krewnych i wspólnego posiłku w mieszkaniu Dziadków.

Na jedenastą poszliśmy na Mszę i nawet w kościele miałem myśli samobójcze. Zastanawiałem się nad pójściem do spowiedzi, ale nie miałem odwagi. Stwierdziłem, że wyspowiadam się albo kapelanowi szpital, albo jakiemuś kapłanowi, który mnie zna i najchętniej w bardziej prywatnych warunkach niż w kościele podczas mszy. Żałowałem, że mam takie myśli i przepraszałem Boga za to. Wspominałem czasy, kiedy moja wiara była wielka i bez problemu chodziłem do spowiedzi oraz z radością do Komunii świętej. Ale dziś jestem the „rotten Catholic”, jak to napisał Hemingway i zmurszały moje ideały. Moje serce pełne jest wątpliwości. A kontakty z rówieśnikami tylko je wzmacniają i powiększają. I znowu przypomina mi siê zdanie pewnej Amerykanki, że katolicyzm nie jest religią dla mnie. Jednak poprzez ciągły kontakt z Rodzicami mam również kontakt z tą religią. I nie jestem wobec tego kontaktu obojętny. W końcu w duchu tej religii zostałem wychowany. Dopiero zderzenie z Nikittą i jej grupą w koledżu zachwiało moją wiarą - niestety - na dobre. Ale, gdyby nie to zachwianie, to do dzisiaj pewnie nie miałbym żadnych kontaktów seksualnych. A może już bym był mężem i ojcem? Nie wiem.

Fakt jest taki, że mam 29 lat i jestem kawalerem. Nie mam ani dziewczyny, ani narzeczonej, ani kandydatki na żonę. To też mnie dołuje i wpędza w depresję i utrzymuje w tym stanie. Nie mam dla kogo żyć. Chociaż powinienem być podporą dla Rodziców na starość i, na wszelki wypadek, dla Siostry. Tylko że moje życie jest takie smutne - takie samotne i smutne. Nie ma w nim radości życia, zwłaszcza seksualnej. Problemy spiętrzają się, a ja nie potrafię ich rozwiązać. Umiem tylko o nich pisać. Większość ludzi, którzy mieli mi pomóc, nie potrafi tego zrobić. Dziś czekam na cud - na objawienie - może w postaci KOBIETY, która przywróciłaby mi chęć do życia. Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam w tej depresji. To też jest męczące. Nie tak jak mania czy psychoza, bo człowiek się nie spala, ale powoli więdnie czy też usycha - także z braku uczucia. A tu ojciec znowu mówi o zastrzyku - i jak ja mam się cieszyć życiem? Co prawda, gdy w restauracji spojrzałem w lustro, to stwierdziłem, że szkoda byłoby zabiæć tę przystojną twarz. Ale ciężko jest człowiekowi, gdy nie ma się do kogo przytulić i nie ma z kim pogadać. Tym bardziej, jak się ma psychikę osłabioną porażkami i lekami. Moja siostra na przykład uważa, że już nigdy nie będę zdrowy. A ja wciąż mam nadzieję, że kiedyś to nastąpi, że znowu zobaczę sens w nauce i pracy, że znajdę się wśród ludzi, których lubię i podziwiam, że zaznam miłości, szczególnie erotycznej, z wzajemnością. I że nie będę musiał brać leków, albo takie, które nie osłabiają popędu, koncentracji i pamięci.

Za oknem już listopadowa noc - dla mnie noc depresji. Zdaje się, że w trakcie depresji poneuroleptycznej dorwała mnie jeszcze depresja jesienno - zimowa. Mam nadzieję, że przeżyję obie .TAK MI DOPOMÓŻ BÓG!!!
17.33 - DO NASTĘPNEGO RAZU! Może już zdołam wygrzebać się z leja albo chociaż zbliżyć do jego krawędzi, żeby zobaczyć więcej światła.

---------------------------------------------------------------------------------------------------

NIEDZIELA 18-Y LISTOPADA 2001 AD

A jednak miałem próbę samobójczą! Nad ranem w piątek 16-go listopada. Tylko że zamiast głębokiego snu pojawiły się halucynacje, urojenia, omamy wzrokowe i słuchowe. Przypomniała mi się Babcia - zobaczyłem jak siedzi na łóżku swoim i coś do mnie mówi i uśmiecha się. Zacząłem myśleć, że razem z Rodzicami mam do Niej pojechać. Wydawało mi się, że sąsiadka dzwoni do drzwi i mówi, że mam telefon od Rodziców. Powiedziałem : „Dziękuję, już idę.” i jakież było moje zdziwienie, gdy podszedłem do drzwi mojego mieszkania i zastałem je zamknięte, a za nimi nie było nikogo.

Połknąłem 21 tabletek 10 mg Zyprexy, 10 x 1mg Rispoleptu i 12 x 3mg Rispoleptu. Myślałem, że ta końska dawka od razu mnie zetnie i że zasnę głębokim snem. Tymczasem znowu zwariowałem. Na krótko, ale zawsze. Włączyła się podświadomość i postawiła na życie. Nie wiem dlaczego, ale o 7.30 zadzwoniłem do Mamy i spytałem się czy wyjazd do Babci jest aktualny. Mama siê zorientowała, że coś ze mną jest nie tak i powiedziała, żebym przyszedł do domu Rodziców. Po mojej splątanej mowie poznała,że „nałykałem się tabletek”, jak to określiła. Zadzwoniła do Ojca i powiedziała mu, co zrobiłem . Ojciec szybko przyjechał i zrobił mi do picia roztwór węgla medycznego w wodzie, żeby pobudzić wymioty. Udało mu się to i zwróciłem część niestrawionych tabletek. Rozpoznałem Rispolept.
Nie bardzo pamiętam, co robiłem dalej. Na pewno przyszła pani F., żeby sprzątać i na pewno Rodzice pojechali do Intermarche na zakupy. Wieczorem Rodzice chyba pojechali do znajomych, a ja oglądałem „Siłę Magnum”(”Magnum Force”) z Clintem Eastwoodem. W nocy coś mi się śniło, ale nie pamiętam co. ( to chyba znów świadczy o wyspach niepamięci)
Wczoraj, w sobotę 17-go listopada przyjechała moja siostra. Wieczorem Rodzice pojechali na imieniny, więc mieliśmy okazję porozmawiać w cztery oczy. Powiedziała między innymi, że nie chce się wpakować w rolę terapeuty i że powinienem chodzić do psychologa klinicznego. Chyba też powiedziała, że nie rozumie moich problemów i że mnie nie przekona, iż życie ma sens jeśli ja uważam, że życie jest bez sensu. Stwierdziła, że Mama się irytuje, kiedy ja mówię o moich myślach, zamiarach i problemach samobójczych.
(właśnie przyszli Rodzice z wizyty u znajomych - jamnik Bari bardzo się cieszy z ich powrotu)
Jest godzina 18.16. Za oknem noc, a w sercu ZIMA. Ciekaw jestem, jak długo potrwa moja depresja i czy w ogóle z niej wyjdę. Na dzień dzisiejszy swoje szanse oceniam 50% na 50% maksymalnie. Jest ciężko, bo straciłem pracę
i mam mało kontaktów z ludźmi. Poza tym 2 dni temu byłem na samym dnie i jeszcze się od niego nie odbiłem. Podryfowałem trochę, słaby prąd życia mnie niesie, ale to życie ma smak kranówy. Nadal ciężko mi się wstaje, gdy jestem sam. Dzisiaj wstałem po 14-ej. Twardym snem spałem na pewno do 11.00. I znowu coś mi się śniło i nie pamiętam co. Powinienem sobie powiedzieć: Sen - mara, Bóg - wiara. Ale Allah zsyła mi tak ciekawe sny, że zawsze żałuję, gdy chociaż jeden zapomnę. Może dlatego, że moje codzienne życie zmieniło się w powolny koszmar. Dominuje w nim PUSTKA. A w takiej PRÓŻNI naprawdę trudno znależć sens. Bo znowu tak się stało, że zabrałem się do czegoś i mi nie wyszło. Na koniec nawet samobójstwo mi nie wyszło. Już sam nie wiem, co robić, komu opowiedzieć swoją historię. Trudno jest pogodzić się z faktem, że jest się nieuleczalnie chorym - i że być może nikt nie jest w stanie mi pomóc. Perspektywa bezsensownego życia wcale nie jest pociągająca. Uzależnienie od leków to nic przyjemnego. Ta skorupa, która mnie otacza, jest gruba jak pancerz. Powinienem zrobić w niej okienko na świat i czasami ostrożnie wyglądać na zewnątrz. Zniszczenie skorupy jest niebezpieczne, gdyż wtedy staję się bezbronny - jak to ma miejsce w psychozie czy manii. Utrudnieniem jest też fakt, że lubię wpadać ze skrajności w skrajność - z wysokiego wyżu w głęboki niż. Na dzień dzisiejszy jestem w dołku, ale, gdybym nie brał leków i nie dostał zastrzyku, to w ciągu kilku dni znowu mógłbym „mieć górkę”.

W tej chwili nie chcę ani górki, ani dołku, tylko równowagi, harmonii i dobrego samopoczucia. Chcę komfortu psychicznego, ale nie wiem, jak ten stan osiągnąć. Moim marzeniem jest być szczęśliwym, cieszyć się z tego, co mam, mieć dziewczynę, która dałaby mi chęć i chuć do życia oraz przyjaciół, na których bym się nie zawiódł. No i wyjazd do Ameryki. Znowu wydaje się być nierealny, bo znowu nie mam pieniędzy. Pan Bóg srogo mnie karze, a może to ja sam siebie karzę za Duino - za tą pierwszą i najważniejszą klęskę, która rzuciła cień nienawiści i wyobcowania na całe moje życie. Nie potrafię pogodzić się z tą klęską - do dziś. Do dziś nie mogę zapomnieć tego, co tam się stało. Im bardziej próbuję się od tego wyzwolić, tym perfidniej mnie to dopada - w nagłych pytaniach zaciekawionych ludzi i w koszmarach, w których przygotowuję się do IB, bojąc się, że nie zdam. BOŻE, JEŚLI ISTNIEJESZ - WYZWÓL MNIE!!!

19.39 - Zjadłem kolację - chleb z Masmixem, pomidorami, śląską, musztardą, marynowanymi kurkami i szynką. Mama powiedziała, żebym najpierw mył (naczynia) a potem się pytał, co mogę zjeść. Toteż najpierw umyłem naczynia, a potem się najadłem.
Tak bardzo przyzwyczaiłem się do rozkazów od Rodziców, że czasem nie wiem, co mam robić. Tak mi trudno być samodzielnym. Chyba dlatego, że utraciłem zdolność do pracy, a tym samym do zarabiania pieniędzy. I kółko się zamyka - wracamy do choroby. Do GENEZY. Przypuszczam, że mógłbym napisać 1000 stron i jeszcze nie dojść do tego, skąd to się wzięło. Najłatwiej powiedzieć, że z genów, że to odziedziczyłem po jakimś szalonym przodku, do którego Rodzice nie chcą się przyznać. Tak, bo oni wstydzą się mojej choroby i jest im przykro z tego powodu i jest to dla nich uciążliwe. JAK BARDZO? Chyba aż za bardzo. Ale co ja mogę zrobić skoro do pracy się nie nadaję? Nawet pisanie czasami sprawia mi trudność, gdyż nie zawsze mam natchnienie. To, że w tej chwili w spokoju sobie piszę, to dar od Boga, ale ja jeszcze muszę go zamienić na pieniądze, a to już gorsza sprawa. Nie wiem, jak to zrobić, do kogo się udać z moimi tekstami i o czym pisać, żeby dobrze się sprzedać. Tak trudno mi zaakceptować fakt, że świat to w większości wielki burdel, w którym wszystko jest na sprzedaż. A to wynika z niepraktycznego idealizmu, którym Kościół i Rodzice oraz Dziadek napoili mnie w dzieciństwie i za młodu. Nie potrafię się od niego uwolnić. Nie potrafię wszystkiego przeliczać na pieniądze. W ogóle mam problemy z liczeniem pieniędzy- częściowo przez leki, które osłabiają koncentrację, ale też z braku przyzwyczajenia do liczenia. Przez tyle lat Rodzice za mnie liczyli, więc nie posiadłem tej podstawowej umiejętności niezbędnej do przetrwania w kapitaliźmie. Dlaczego wyobrażałem sobie kapitalizm jako raj na Ziemi? I dlaczego nie umiem pogodzić się z faktem, że tak nie jest? Dlaczego mam tak słabo wyrobione mechanizmy przystosowawcze? I dlaczego popełniam stale te same błędy? Czyżby nawyk popełniania ich uległ „skamienieniu”(fossilization). Dlaczego jedna klęska pociągnęła za sobą następne? Dlaczego jestem nieprzystosowany społecznie? Co jest tak trudne, że nie potrafię się tego nauczyć? Wstawanie rano, słowność, oszczędzanie? Umiejętność robienia pieniędzy?Konformizm?

Czy moje próby samobójcze oraz manie i psychozy to wyraz buntu wobec zastanego porządku świata? Czyżbym nie potrafił pogodzić się z tym, że jest, jak jest? Że dla pieniędzy ludzie są gotowi do największych świństw? do największych oszustw i manipulacji? Czy czuję obrzydzenie do siebie samego za to, że z ludźmi popełniającymi te czyny mam kontakt i ulegam ich wpływowi? Nie do końca, ale już trochę się pobrudziłem i źle się z tym czuję . To przez ten pieprzony idealizm i wpojoną uczciwość. To przez religię i wiarę, które każą wierzyć w cuda i w szczęście dopiero po śmierci...

Dlaczego to wszystko mi się znudziło? ZŁO I DOBRO? Dlaczego znudziło mi się moje mieszkanko i zatęskniłem za niewolą u Rodziców? Czyżby presja finansowa była aż tak nie do zniesienia? Czy ta praca była aż tak męcząca? Czy Clopixol rzeczywiście aż tak bardzo mnie osłabia i dołuje? Czy też moja psychika wysiadła kompletnie i nie potrafię się już pozbierać?
Gdzie jest granica pomiędzy chemią a duszą w moim organizmie? I co mogę zrobić, żeby wyzdrowieć i być choć troszkę szczęśliwym? Same tabletki nie pomogą. To już wiem. Ale bez tabletek też się „wywalam”. Trzeba to wszystko jakoś poukładać i zharmonizować. Tymczasem mnie zawsze gubi zła organizacja - bałagan i nieład, tudzież bigos emocjonalny. Chaos na biurku i chaos w głowie - jak mawiał mój ulubiony psychiatra, postać tyleż fascynująca co kontrowersyjna. Ale nawet on nie potrafił zapobiec moim próbom samobójczym .
Dlaczego życie mi zbrzydło? Dlaczego jestem taki słaby? Dlaczego wróciłem do miasta rodzinnego i nie mam już koncepcji na wyrwanie się stąd? Dlaczego mam wizę i nie potrafię jej wykorzystać? Tych pytań jest coraz więcej, a ja nie mam i nie znam odpowiedzi...

A zatem ENIGMA - tajemnica życia i śmierci. Sensu i bezsensu. Samotności i towarzystwa. Sympatii oraz antypatii. Wreszcie miłości i nienawiści. Kamienny krąg. Żelazna obręcz. Lej bez wyjścia. Miasto - więzienie. Życie jak więzienie. Przymus życia. Brak satysfakcji. Brak przyjemności. Brak nadziei. ŚMIERĆ NADZIEŻDY. Czy może ona zmartwychwstać? Jak Feniks z popiołów? Czy ta deprecha jest gorsza od psychozy? Jak długo jeszcze będę igrał ze śmiercią? Dlaczego tak bardzo mi się spieszy na tamten świat, skoro nie mam dowodu na to, że on istnieje? Co mnie tak wykończyło psychicznie? Samotność? Toksyczność kontaktów międzyludzkich? Niemożność zrealizowania marzeń? Zbyt wysoko ustawiona poprzeczka? Ustawiczny brak pieniędzy? Nieumiejętność sprzedania się? Niemoc? Uczucie ciągłego zmęczenia? Znudzenia? Ciągle to samo? Błędne koło? Sytuacja bez wyjścia? Lekomania? Ciężka choroba psychiczna? Nieuleczalna? Żle zaleczona? Presja rodziny, żeby pójść do pracy? PRESJA. „GEOLOGY IS THE STUDY OF TIME AND PRESSURE.” - Geologia to studium czasu i nacisku. Czego odciskiem jestem? Dlaczego te przeżycia tak bardzo mnie osłabiły? Dlaczego nie poszedłem do pracy w czwartek 15-go listopada 2001 Anno Domini? Skąd się wzięła ta depresja i dlaczego jest taka silna, już obrzygana i oporna na leczenie?
(właśnie weszła Mama i mówi, że „już dosyć tego dobrego”).
Godz. 21.04 - kończę. Ciekawe, kiedy znów tu zasiądę i czy będę bliżej wyjścia
z sytuacji i bliżej komfortu psychicznego. Daj Boże. Jeśli Bóg zechce. Jak Bóg da. A jednak w Niego wierzę. Matko Boża, proszę o wsparcie.

SOBOTA 24-Y LISTOPADA 2001 AD

Depresji ciąg dalszy. Nie chciało mi się wstać. Leżałem głodny i zły na hałasy - na psa Maxiego, który głośno szczeka, na ludzi, którzy trzaskają drzwiami i przez dwie godziny mają włączony odkurzacz, na dziecko, które głośno płacze i na chłopców, którzy głośno się bawią na schodach. Miałem też myśli samobó
jcze. Czy 20 tabletek litu by starczyło, żeby umrzeć. Ale też o tym, co by było, gdybym przeżył. Czy musiałbym żyć z uszkodzonymi nerkami. Po ostatniej nieudanej próbie nie mam odwagi połykać tabletek, bo nie wiem, jak zareaguję.

Wstałem o 15-ej, bo Tata do mnie przyjechał i powiedział, że trzeba dźwignąć dupę. Zastanawiam się, dlaczego jest taki nieczuły wobec mojej depresji. Pewnie sam nigdy jej nie zaznał i dlatego nie rozumie tego stanu ducha. A gdy już jej zazna, to pewnie tak jak Dziadek będzie stary i słaby. Aż nie chce mi się myśleć o tych czasach. A za 20 lat tak już może być...Ale...przez 20 lat tyle się może wydarzyć. Niemniej jednak trzeba się przygotowywać i myśleć o życiu, a nie o śmierci.
Ale co to za życie. Bez perspektyw. Bez radości. Bez dziewczyny. Bez seksu. Nawet bez lodówki. W nie swoim mieszkaniu, prawie bez pieniędzy. Trzeba mieć dużo samozaparcia, żeby przetrwać takie niekorzystne czasy. A dzisiaj jeszcze oglądaliśmy przyszłe mieszkanie. O wiele gorzej się prezentujące niz obecne. Mniejsze, z mniejszą łazienką, z brzydkim junkersem, z odpadającą starą farbą w kuchni, ze starymi oknami. Ale starsi się napalili, bo tanie.(cena wywoławcza 32 000 zl) Pośredniczka - stara handlara - bardzo zachwalała - że zawsze się sprzeda, że rodzice dla dzieci mogą chcieć albo młode małżeństwo, że niewielkim nakładem się wyremontuje.

Czuję się niefajnie i nie wiem, jak to opisać. Takie uczucie niepokoju o przyszłość. Niezadowolenia z życia. Braku satysfakcji. Braku kontaktu z płcią przeciwną. Głodu erotycznego. Przytłumionego przez Clopixol, ale zawsze głodu. Dziś, gdy spotkaliśmy się z pośredniczką i najemcą mieszkania, to pozazdrosciłem mu dziewczyny. I pomyśleć, że w tym roku ja też mogłem mieć dwie dziewczyny i że nic z tego nie wyszło.
Spróbowałem gumę Nicorette i mi nie smakuje. Papierosy smakują lepiej. Taki nieprzyjemny jest ten głód palenia. I nic nie może go zaspokoić. Ale perspektywa zawału lub raka skutecznie odstrasza. Również, mam mało pieniędzy, a duże wydatki: na jedzenie, rachunki za telefon komórkowy, ZUS i czynsz. Gdybym miał jeszcze dziewczynę, to wcale bym nie wyrobił.

Zostało mi jeszcze 20 minut pisania na komputerze. Jak opisać te 19 czy 29 lat, żeby to było ciekawe i żeby było skuteczną przestrogą dla innych? Tyle jest chorób psychicznych - czy chociaż jednej jestem w stanie zapobiec? Czy też znowu stawiam sobie zbyt trudne zadanie do wykonania? Przede wszystkim, trzeba mieć dobre kontakty z ludźmi - trzeba czuć się akceptowanym i potrzebnym. I najlepiej być średnim- w niczym się nie wywyższać. Do wszystkiego mieć zdrowy dystans. Nie ulegać za bardzo wpływom. Wierzyć tak na 50%. Ufać tak samo. Ale przecież komuś trzeba ufać. Chociaż tej jednej osobie. A gdy na niej się człowiek zawiedzie? Co wtedy? Więc może lepiej wierzyć w Boga? A jeśli ta wiara oddala od ludzi? Lub jeśli ulegnie zwątpieniu? Dlaczego tak trudno ją odzyskać? Dlaczego jestem taki słaby? Fizycznie i psychicznie? Dlaczego kiedyś tak bardzo wierzyłem w Boga i Kościół, a dziś tak trudno mi uwierzyć w cokolwiek? W pozytywną naturę człowieka? W to, że świat jest na dobrej drodze - pomimo moich kłopotów i mojego czarnowidztwa.

Tak czy owak, na razie żyję i mam nadzieję, że będzie lepiej i że kiedyś pojadę do Ameryki. A dzisiaj jeszcze poczytam Biblię - i jutro napisze, jak było.


„THE GRIP OF THE DEPRESSION”

=„UŚCISK DEPRESJI”

2-GI GRUDNIA 2001 AD

Uścisk depresji trwa nadal. Właśnie jestem po 3-ech typowo depresyjnych dniach: przeleżanych w łóżku, przerywanych czynnościami fizjologicznymi i lekturą książki ”Negotiator” Frederyck’a Forsyth’a. Chciałem zobaczyć, jak długo wytrzymam sam, bez wychodzenia i na kiepskim żarciu. Aż do niedzieli wieczora nie jadłem mięsa - czyli prawie 3 dni. Tyle też wytrzymałem w moim mieszkaniu, śniąc i marząc o lecie i lepszych czasach. Miałem wiele ciekawych snów, ale pamiętam tylko dwa - jeden o dawnym koledze, a drugi o dziwnej szkole w Niemczech, przypominającej chwilami sanatoryjny oddział psychiatryczny. Z kolegą była tylko migawka - pamiętam, że było lato i powiedział mi: „Chodź na piwo. Dla rozluźnienia języka i dla przewietrzenia płuc”. Wstał i poszedł.
Ze szkoły też pamiętam tylko fragmenty. Budynek był drewniany, dzieci było mało i były w różnym wieku. Chodziłem z jakimś dzienniczkiem (jak moje dzienniczki z podstawówki) i pytałem się innych nauczycieli, jak wpisywać oceny. Taka reminiscencja z końca 1999-go roku i początku 2000-go, kiedy uczyłem dzieci na wsi. Pamięć doskonale zachowała uczucie zakłopotania. Dla mojej delikatnej psychiki to był horror - zwłaszcza pod koniec. Presja stała się nie do zniesienia i psychika „uciekła w manię”. Nic dziwnego. Do pracy z dziećmi, zwłaszcza trudnymi, nie byłem przygotowany. Na szczęście sen nie był koszmarem. Był tylko zagadkowy. Ale przypomniał mi o niechlubnej przeszłości.

Cieszyłem się, że rodzice przyjechali do mnie, bo dosyć już miałem samotności i ... głodu. Wizyta rodziców oznaczała zabranie do domu i dobry obiad oraz kolację. Zapomniałem o przypilnowaniu wzięcia leków, ale ostatnio nawet jak nic nie brałem, to czułem się źle - bardzo depresyjnie. Myśli samobójcze miałem rzadsze, może już zbliża się koniec depresji -- daj BOŻE!!!W każdym razie wygląda na rozejm - mniej myśli o ostatecznym rozwiązaniu, ale sam nadal wstać nie mogę. Umawiam się i nie przychodzę. Na to zimno nie chce mi się wychodzić. Może straciłem twarz w ten czas bez twarzy. Miałem pisać, ale nawet tego nie chce mi się robić. Zresztą, nie zawsze mam natchnienie. W moim życiu nic ciekawego się nie dzieje, zazdroszczę sąsiadom, że ich ktoś odwiedza, zazdroszczę brunetowi farbowanej blondynki, a blondynowi szatynki i spokojnych dzieci. Jednocześnie wciąż drażnią mnie hałasy, które ci ludzie robią, zwłaszcza w nocy, gdy wychodzą z imprezy u blondyny ondyny i bruneta. Wczoraj jedna tak mocno stukała obcasami po schodach, że aż z ciekawości podbiegłem do judasza sobie popatrzeć, ale była tak ładna, że postanowiłem nie kapować na bruneta do spółdzielni za zakłócanie ciszy nocnej. Teraz stwierdzam, że to źle o mnie świadczy, że nie potrafię znieść samotności i spokojnie pisać o upadku „fine psyche”(świetnej psychiki), tylko muszę patrzeć na ludzi przez wizjer.

Jednym z powodów był zły program, jak stwierdził mój ulubiony psychiatra:”Zmień program, Pawełku, zmień program.” - mawiał. Ale nie wiedział, że jego program był zbyt trudny dla mnie i nie do przyjęcia przez rodziców i moją wrażliwą psychikę. W czasie, gdy byłem u niego, również cierpiałem na depresje, w sumie chyba trzy: endogenną, poneuroleptyczną i jesienno - zimową. Byłem znieczulony i powalony lekami - na początku byłem pod działaniem zastrzyku Fluanxolu i byłem bardzo usztywniony i zdołowany.
Popęd miałem bardzo obniżony - tak jak i dzisiaj. Tymczasem on był w pełni sił witalnych, zaliczał dwie albo 3 panienki w ciągu tygodnia i nie rozumiał, jak ja mogę leżeć i nic nie robić. Prowadził ciekawy tryb życia, ale niestety nie potrafił mnie wyleczyć. Manię rozumiał -- jako bunt -- ale depresji, zwłaszcza tak głębokiej jak moja, to życie i dupy kochający lekarz już zrozumieć nie potrafił.


EPILOG
Depresja minęła. Dzięki zastrzykom Clopixolu, opiece Rodziców i Pani Doktor trzymam się normalności. Pracuję. Od czasu do czasu poznaję nowe dziewczyny.
I, co najważniejsze, w tym roku wreszcie pojadę na miesiąc do Ameryki!Na wakacje. Bilet mam już kupiony.

A zatem warto żyć i czekać na lepsze dni. One zawsze nadchodzą, ale trzeba być cierpliwym. “Patient must be patient” – Pacjent musi być cierpliwy, jak mówi angielskie przysłowie. I tej życiowej cierpliwości czytelnikom i sobie życzę – autor.

Autor opracowania: Pacjent - współpracownik redakcji

Adres www źródła: www.psychiatria.pl

Podziel się
Poleć znajomemudrukuj tekst
Oceń artykuł: 
 6 głosów
 

Dermatologia i kosmetologia (rozwiń)

Kobieta - zdrowie i profilaktyka (rozwiń)

Dziecko - zdrowie i profilaktyka (rozwiń)

Mężczyzna - zdrowie i profilaktyka (rozwiń)

Styl życia: sztuka, rozrywka, muzyka (rozwiń)

Praca (rozwiń)

O zdrowiu - choroby cywilizacyjne (rozwiń)

Jakiego rodzaju muzyki słuchasz ?