Zaloguj
Reklama

Rachunek proszę!

Autor/autorzy opracowania:


Rachunek proszę!
Fot. medforum
(0)

Godzina: 7:00. Instrukcje szefowej: „100 osób, 8 dań, 4 kelnerów, przyjęcie weselne pamiętaj, nie nawal, bo to wpływowi klienci, nadzorujesz resztę obsługi, to dzisiaj szef kuchni”. Tylko tyle, a może aż tyle? Z jednego zdania mam wywnioskować, jak będzie wyglądał dzień mojej pracy. Właściwie nie dzień, a doba, bo tutaj dzień to 24 godziny. Szef kuchni – niezadowolona z życia kucharka z napisem na czole „wszystko wiem najlepiej”. Zadaję pytanie i wcale nie przejmuje się, że mnie zignorowała. Pytam jeszcze dwa razy. Ok, z jej chaotycznej wypowiedzi można wywnioskować jedno: to będzie najdłuższa doba w moim życiu. Nie proszę o powtórzenie, bo przecież nie będę ryzykowała życiem.

Reklama

Dobrze więc, muszę podzielić pracę. Koledzy z pracy patrzą na mnie nienawistnym spojrzeniem, bo zachowuję się jak pracoholik. Zrozumcie, jak coś pójdzie nie tak, będzie na mnie. Obrusy: białe, czyste i wyprasowane. Żeby tylko nie zabrakło. Naczynia: bez najmniejszej rysy i wszystkie wypolerowane. Kto jest w stanie zapamiętać te wszystkie szczególiki? Składanie serwetek biorę na siebie, bo jako szef obsługi sama mam napis na czole: „wszystko potrafię najlepiej”. Inaczej się po prostu nie da.

 
Czas ucieka, więc przyspieszamy: teraz drogę między kuchnią a magazynem przemierzamy biegiem. Uff, ale tu gorąco. Szef kuchni pogania i pyta czy wszystko spakowane. Bogowie, tak jakbym ja to wiedziała. Koniec czasu, bez względu na to czy mamy wszystko, czy nie, jedziemy na miejsce przyjęcia. Udekorowanie stołu to dla mnie najprzyjemniejsza część. Otwarcie i rozlanie szampana też biorę na siebie. Dobra, korek w nikogo nie trafił, nie uciekła nawet kropelka. Ręka trochę mi drży, ale twardo kończę rozlewanie i goście rozpoczynają obiad.
 
Szybko pierwsze danie. Naturalnie wszystko musi być gorące. Nikt nie przypuszcza, jak trudno jest się uśmiechać, gdy zupa parzy w dłonie. Drugie danie i.... katastrofa. Kręci mi się w głowie, świat gdzieś znika, a ja widzę teraz tylko piękny atłasowy żakiet, po którym nigdzie się nie spiesząc, spływa tłusty, brunatny sos. Przez sekundę mam ochotę zapytać, skąd się tam wziął i wtedy nogi się pode mną uginają, bo okazuje się, że prosto z mojej dłoni. Krew odpływa mi z twarzy i zaczynam przepraszać kobietę, jeszcze nieświadomą katastrofy. Po kilku minutach zamieszania wracam do kuchni z żakietem i wrzucam go do pralki. Oby tylko plama zniknęła. Gdzie się podziały wszystkie cudowne sposoby na tłuste plamy te, którymi raczyła mnie babcia? Nie ma czasu myśleć, impreza trwa.
 
Klient przy ostatnim stole patrzy na mnie gniewnie. Racja, jakiś czas temu poprosił o herbatę, a ja dotąd nie miałam, kiedy jej podać. Słysze w oddali dźwięk tłuczonego szkła. Kolega upuścił lampki na wino. Zniecierpliwione twarze klientów, a ja nie wiem, skąd weźmiemy nowe. Zawsze mnie dziwi, dlaczego w ludziach tak mało cierpliwości?
 
Gwóźdź programu: taniec dla kelnerów. Jak odmówić klientowi, kiedy orkiestra gra specjalnie dla nas? Nogi mam już spuchnięte do granic wytrzymałości, ale i tak się uśmiecham, przynajmniej pozornie. Na domiar złego, każdy mężczyzna za punkt honoru obrał sobie taniec z kelnerką. Tak jakby taca i biała koszula działała na nich niczym magnez.
 
Godzina: 5:00; Salę opuszcza ostatni gość. Do szefowej kuchni nie podchodzę, gdy jest zmęczona, jest jeszcze gorsza. Oddycham resztkami sił, o nogach już nie wspomnę. Zaczynamy sprzątać, za dwie godziny wszystko będzie gotowe. Kończymy o 7:00. Na koniec pozostaje mi tylko ładnie poprosić. Szanowny kliencie: szanuj kelnera.

 

Reklama
(0)
Komentarze